Obsługiwane przez usługę Blogger.

Berlin Boudoir


Buduarowa sesja fotograficzna, która ma pomóc kobietom czuć się silniejszymi, pewniejszymi siebie i na nowo zakochanymi w sobie – taki koncept terapeutycznej roli fotografii promuje w swoim projekcie Berlin Boudoir Monika Kozub – Polka, od niedawna mieszkająca w Berlinie. Z Moniką spotkałam się ostatnio na Kreuzbergu, a skrócony zapis naszej rozmowy możecie przeczytać na blogu.


Monika Kozub: To może od początku. Pomysł projektu Berlin Boudoir nie przyszedł mi do głowy z dnia na dzień, tylko był to pewnego rodzaju proces. Mieszkając przed Berlinem w Amsterdamie, zaczęłam robić zdjęcia w ramach Airbnb Experience (w Polsce: Airbnb Atrakcje – przyp.). Były to zdjęcia dla ludzi, którzy chcieli mieć zrobione profesjonalne fotografie z wakacji. Po przeprowadzce do Berlina, nadal oferowałam takie zdjęcia i coraz lepiej poznawałam potrzeby osób korzystających z moich usług. Wiele zleceń miałam od kobiet, które samodzielnie zdecydowały się zarezerwować taką sesję. Poznając je, zaczęło do mnie docierać, że masa kobiet z różnych stron świata czuje się skrępowana przed aparatem fotograficznym, bo ma kompleksy. Na fali body positive, kilka klientek zasugerowało mi zastanowienie się nad sesjami buduarowymi. Same rozważały zrobienie sobie takiego prezentu, żeby poczuć się lepiej ze sobą. Zdjęcia miały być dowodem na to, że są atrakcyjne i nie potrzebują żadnych diet, czy operacji plastycznych. Doskonale potrafiłam zrozumieć te kobiety, bo moje własne doświadczenia były podobne  od momentu wejścia w okres dojrzewania miałam problemy z akceptacją tego, jak wyglądam. Zorientowałam się, że mogę połączyć te dwie rzeczy  to, że jestem kobietą i doskonale wiem, przez co kobiety przechodzą, jak i to, że wiem, jak zrobić dobre zdjęcie. Poczułam, że w jakimś sensie jest to moja misja.



BERLINSKO: Myślisz, że w Berlinie jest więcej osób skłonnych robić takie sesje?
Monika Kozub: Myślę, że nieprzypadkowo projekt zaczął się w Berlinie. W innych miejscach na świecie, przykładowo w krajach Ameryki Południowej, panuje kult ciała, któremu niestety wiele kobiet ulega. Te, z którymi rozmawiałam, powiedziały mi, że dopiero w Berlinie poczuły się swobodnie, kiedy okazało się że nie muszą mieć makijażu, żeby wyjść na ulicę. Tu nikt nie powie, że brak makijażu to rodzaj zaniedbania. W Polsce pewnie można by coś takiego usłyszeć. W Amsterdamie i Berlinie jest przyzwolenie na naturalność.

BERLINSKO: W jaki sposób zaczęłaś promować projekt?
Monika Kozub: Pierwszym krokiem, który podjęłam po zdecydowaniu się na wystartowanie z projektem, było znalezienie miejsca do sesji. Moje mieszkanie się na to nie nadawało, choć zależało mi na domowej atmosferze. Nie chciałam zamknąć się w białym studio-sześcianie, bez klimatu. Udało mi się znaleźć studio designu, które stworzyło odpowiednie warunki. Teraz robię zdjęcia w nowej, letniej lokalizacji, z której też jestem zadowolona. Pierwsze zdjęcia zrobiłam znajomym. Wiedziałam, że żeby kogokolwiek zachęcić, żeby stanął przed obiektywem, muszę mieć przynajmniej jakieś pierwsze próby i dowody na to, że potrafię to zrobić. Nie chciałam uciekać w skrajności i robić zdjęcia całkowicie w opozycji do wyidealizowanych zdjęć modelingowych. Chciałam stanąć gdzieś pośrodku, ze zdjęciami normalnych kobiet. Na potrzeby projektu stworzyłam stronę i konto na instagramie.



BERLINSKO: Twoje sesje mają charakter terapeutyczny?
Monika Kozub: Na pewno nie stawiam się w roli terapeuty. To za duża odpowiedzialność. Moje sesje mogą być jednak pomocne w tym, żeby zobaczyć się w innym świetle. Moje koleżanki, które w większości nie mają problemów z akceptacją siebie, kiedy zobaczyły efekt finalny sesji, dziękowały mi mówiąc, że dawno nie czuły się tak piękne. Dla mnie to potwierdzenie tego, że osiągnęłam to, na czym mi zależało. Każdej kobiecie należy się to, żeby od czasu do czasu poczuć się piękną.

BERLINSKO: Jak długo trwają takie sesje i czego można się na nich spodziewać?
Monika Kozub: Sesje trwają dwie godziny, dwie i pół godziny. Wiele osoób kojarzy buduar z sesjami w stylu Playboya, idące w kierunku soft porno. To jest jednak w sprzeczności z tym, co ja robię. Mi nie chodzi o obiektyfikację, uprzedmiotowienie kobiet. Podczas zdjęć, mam już pewne swoje ustalone schematy działania. Zwykle proszę dziewczyny, żeby przyniosły swoje ubrania, to co noszą w domu. Niekoniecznie musi to być tylko bielizna. Jednym z moich założeń jest to, że nie staram się przeobrazić moich klientek w kogoś, kim nie są, na tę jedną okazję. Zależy mi na zachowaniu naturalności, przy czym ta naturalność jest względna, zależna od indywidualnej interpretacji. Pozwala to na powolne wejście w sferę komfortu przed obiektywem aparatu. Nie stosuję żadnego sztucznego oświetlenia. Pierwsze pół godziny poświęcam zwykle na rozmowę, żeby dowiedzieć się, co uchwycić na zdjęciach. 

BERLINSKO: W jakim stopniu efekt końcowy zależy od Ciebie, a w jakim od Twoich klientek?
Monika Kozub: To właśnie zależy od osoby fotografowanej. Uważam, że każdy z nas ma pewne poczucie własnego ciała, więc nie ustawiam nikogo jak robota. Oczywiście sama też nie chcę być tylko narzędziem do wykonywania zdjęć. Chciałabym więc spotkać się z klientem gdzieś w pół drogi, trzymając się w pewnym stopniu i mojej wizji. Sesja zdjęciowa jest jak taniec, trzeba się do siebie dopasować, żeby wszystko wyszło spójnie i dobrze. Dla siebie stworzyłam cztery zasady, których się trzymam: 1) brak uprzedmiotowiania, 2) naturalność, 3) zmysłowość na pierwszym miejscu, przed seksualnością, 4) klient wyznacza granice. 

BERLINSKO: Co Tobie samej daje ten projekt?
Monika Kozub: Niesamowicie dużo! Wywodzę się z myślenia o fotografii jako o sztuce współczesnej, gdzie podstawą jest obraz sam w sobie. Dopiero w Amsterdamie zaczęłam traktować fotografię nieco inaczej. Dzięki niej mogę spotykać kobiety, dla których moje zdjęcia mają konkretną wartość. To przynosi mi dużą satysfakcję!

Brak komentarzy