Obsługiwane przez usługę Blogger.

Wyspy Zielonego Przylądka // Cabo Verde + Lizbona



Minął już ponad miesiąc od mojej wizyty na Wyspach Zielonego Przylądka (WZP), a mi dopiero teraz udało się przygotować tekst i zdjęcia w formie przewodnikowej na blogu (wcześniej napisałam o zwykłym życiu na wyspach dla Zwykłe Życie). WZP poleciła mi znajoma z pracy, która wybrała się tam w lutym na kitesurfing. W zamierzeniu miał to być nasz pierwszy kontakt z Afryką, a do pomysłu podróży właśnie tam przekonały nas też portugalskie powiązania archipelagu. Na początku chcieliśmy odwiedzić znajomych w Sierra Leone, ale wyjazd niestety nie doszedł do skutku (na szczęście z różnych względów nie zaplanowaliśmy wakacji w tamtych rejonach we wrześniu, bo właśnie wtedy kraj nawiedziła bardzo duża powódź). Cabo Verde wydawał się zatem dość oczywistym i prostym rozwiązaniem: loty z Europy nie trwają długo (przy tak niedługim wyjeździe nie chcieliśmy spędzać więcej niż 2 dni w samolotach), brak jest obowiązkowych szczepień przy wjeździe do kraju, a ryzyko zachorowań na choroby typowe dla niektórych rejonów Afryki (np. malaria) jest niskie, wizę można zakupić na lotnisku. Po drodze na WZP zatrzymaliśmy się jeszcze w Lizbonie, gdzie udało mi się złapać znajomą, której dawno nie widziałam (zapraszam na jej profil o jodze - Cheeky Yoga Club). Poniżej plan całego wyjazdu z krótkimi opisami i zdjęciami.



LIZBONA
O Portugalii od dawna myślę jako o miejscu, w którym wyobrażam sobie, że mogłabym kiedyś zamieszkać. Przed Lizboną byłam już na południu i północy kraju, a stolica wciąż pozostawała na liście miejsc do zobaczenia. Miałam świadomość, że miasto jest jednym z najchętniej odwiedzanych w Europie, zatem liczyłam się z dużymi ilościami turystów, których zwykle staram się unikać podczas podróżowania. Rzeczywiście, wiele dzielnic Lizbony (głównie Alfama, Bairro Alto) jest rozdeptanych przez przetaczających się bezrefleksyjnych wczasowiczów. Na szczęście, udało nam się też dotrzeć i do takich zakątków, gdzie turystów w ogóle nie ma. Te pozostawię dla siebie, a opiszę inne, całkiem popularne, ale mimo wszystko warte zobaczenia miejsca. Bardzo spodobał mi się park Jardim da Estrela. Jest ciekawie zaprojektowany, znajduje się w nim sporo pięknej roślinności, trochę ptaków przechadzających się nad stawami, są też miłe kawiarnie. Stamtąd odjeżdżają typowe lizbońskie tramwaje, którymi koniecznie trzeba się przejechać, przynajmniej na krótkim odcinku. W Lizbonie wiele jest punktów/tarasów z widokiem na miasto i na most 25 kwietnia (przypominający Golden Gate w San Francisco). My byliśmy na tarasie Santa Catarina. Inne warte uwagi to np. Portas do Sol, Santa Luzia, Santo Estêvão. W Lizbonie oczywiście należy smakować się lokalnym jedzeniem, pasteis i innymi wypiekami, rybami i owocami morza. Market Time Out jest bardzo turystyczny i nie nadaje się raczej do spokojnej konsumpcji, ale podawane tam portugalskie przysmaki są naprawdę dobre! Niestety przy tak ograniczonym czasie niewiele więcej udało mi się zobaczyć, ale na koniec dotarliśmy także do popularnego LxFactory (świetne miejsce na sangrię czy wino ze znajomymi) i do Belém na pasteis i galao. Kolejny etap podróży to już WZP. Lot z Lizbony na  lotnisko Cesarii Evory na São Vicente zajmuje ok. 4 godz. 30min. *Zdjęcia z Lizbony na Instagramie oznaczyłam hasztagiem #belinskolizbona.

  Ja w Jardim da Estrela, Lizbona

WYSPY ZIELONEGO PRZYLĄDKA
WZP to kraj, któremu geograficznie najbliżej do Afryki (Senegal znajduje się ok.450 km od wschodnich brzegów wysp, a kulturowo blisko także do Europy. Archipelag odkryty został pomiędzy 1455r. a 1461r., a następnie skolonizowany przez Portugalczyków, którzy jako pierwsi dostrzegli potencjał strategiczny Cabo Verde – wyspy stanowią przystanek pomiędzy Europą a Ameryką Południową. WZP wykorzystywano podczas handlu niewolnikami, odegrały one istotną rolę w globalnej redystrybucji ras, zwierząt i roślin oraz intensyfikacji handlu zapoczątkowanych przez Portugalczyków i Hiszpanów. Przez wiele lat Portugalczycy traktowali wyspy jako swoisty magazyn, w oparciu o który żeglarze mogli się wyposażyć w dalszą podróż do Afryki. Do kolonizacji bezludnych dotychczas wysp użyto niewolników nadzorowanych przez Portugalczyków. Z czasem, odseparowani od reszty świata biali i czarni mieszkańcy, zaczęli tworzyć skomplikowane relacje, a z mieszanych związków powstała rasa mestiço pozbawiona identyfikacji narodowościowej aż do XXw. Kabowerdyjczycy różnią się od Kreolczyków w innych częściach świata, ponieważ pojawili się w miejscu, gdzie nie było wcześniej żadnej lokalnej ludności. Dziś Mulaci stanowią ok. 70% populacji WZP, 28% to czarni, a tylko 1% to biali.
WZP jako niezależna republika stały się państwem w 1975r. Oficjalnym językiem jest portugalski, choć większość mieszkańców posługuje się na co dzień także kreolskim. Kolejnym językiem w użyciu jest także francuski, rzadziej angielski (stąd bez znajomości portugalskiego, czy francuskiego komunikacja na WZP może być utrudniona).


São Vicente
Punktem centralnym wyspy jest Mindelo – miasteczko będące ważnym ośrodkiem lokalnej kultury. Tu tworzyła uwielbiana przez wszystkich Kabowerdyjczyków Cesaria Evora (na wyspie znajduje się muzeum poświęcone jej życiu i twórczości). Główne atrakcje turystyczne Mindelo to m.in.: centrum starego miasta z Palácio Do Povo, targami Mercado Municipal i Mercado De Peixe (targ rybny), piękną kawiarnią Café Royal Suites, placem Praça Amílcar Cabral, port oraz plaża Laginha. Wystarczy przejść się głównymi ulicami miasta, by zaznać lokalnego klimatu: mieszkańcy wyspy wysiadują na ulicach, starając się sprzedać drobne rzeczy (np. ryby, owoce, biżuterię), zaczepiają turystów, bawią się z psami, czasem tańczą. Poza Mindelo, na gorącej wulkanicznej wyspie niewiele się dzieje. Pobliskie miasteczka są wyludnione, ale czasem zaglądają do nich turyści z Europy, np. do Salamansa – popularnej wioski wśród kitesurferów, czy do São Pedro – niewielkiej osady znajdującej się zaraz przy lotnisku, gdzie znajduje się luksusowy jak na lokalne standardy hotel z basenem i wyjściem na piękną plażę – Foya Branca (wstęp na basen dostępny jest także dla gości spoza hotelu, po uregulowaniu opłaty; pobyt całodniowy kosztuje ok. 7eur)W znajdującym się zaraz obok bistro Santo André podawane są wyszukane potrawy na bazie owoców morza. Właścicielem jest Szwed od dawna mieszkający na wyspie. Z São Vicente dwa razy dziennie kursują promy na Santo Antão. Podróż zajmuje niecałą godzinę, czyli akurat tyle, żeby wypić kawę na pokładzie i rozkoszować się widokami. 


Palácio Do Povo
Życie na ulicach Mindelo
Ryby sprzedawane na ulicach Mindelo
Plaża przy Froya Branca na São Vicente

Santo Antão
Zielona wyspa, jedna z najpiękniejszych w archipelagu Barlavento (Wyspy Zawietrzne), charakteryzująca się łagodniejszym klimatem niż na São Vicente. Przez turystów chętnie jest odwiedzana ze względu na wspaniałe trasy trekkingowe wiodące przez uprawy trzciny cukrowej, rozpościerające się na zboczach strzelistych wulkanicznych gór. Życie na wyspie jest proste, większość mieszkańców zajmuje się rybołówstwem, rolnictwem, a w niewielkim stopniu także turystyką (zatrudniając się w nowo powstałych kompleksach hotelowych lub przewożąc turystów prywatnymi samochodami – transport publiczny nie istnieje).

Trasy trekkingowe na Santo Antão
Przed wyjazdem szukając informacji na temat szczegółów tras, trafiałam na bardzo pobieżne opisy. Cieżko było się zorientować skąd najlepiej startować, a gdzie kończyć trekking i jak dużo czasu należy poświęcić na wędrówkę. Dlatego postanowiłam szczegółowo opisać trzy przykładowe trasy. Być może moje wskazówki ułatwią komuś planowanie wyjazdu. Poruszając się po wyspie bez Internetu, pomocna może się okazać aplikacja MapsMe, posiadająca funkcję przeglądu map w trybie offline.

Jeden z widoków z tras trekkingowych na Santo Antão
No.1 Dolina Paul: ok. 3godz., wyjście z Aldeia Manga – dojście do wioski górskiej Quintal – powrót do Aldeia Manga.
Aldeia Manga to przepiękny mini-ośrodek turystyczny w dolinie Paul (jedno z piękniejszych miejsc, jakie do tej pory udało mi się odwiedzić). Charakteryzuje się pro-ekologicznym podejściem: wykorzystuje energię słoneczną, oczyszcza wodę, recyclinguje śmieci. Na miejscu uprawiane i przetwarzane są banany, papaje, mango, a ponadto ośrodek dysponuje dużym ogrodem z tarasem widokowym oraz stawem-basenem. Poranne kąpiele z widokiem na wschody Słońca i wieczory na hamaku w Aldeia Manga są naprawdę wyjątkowe. Po trekkingach, podróżnicy zbierają się w części wspólnej w oczekiwaniu na kolacje oparte o lokalne wyroby i dobrodziejstwa natury. Jedzenie jest proste, ale smaczne. Oprócz oferowanych śniadań i kolacji, istnieje możliwość zamówienia prowiantu na wyprawy w góry. Uwaga: w ośrodku, jak wszędzie na wyspie pełno jest krocionogów, z plagą których Santo Antão zmaga się od dawna. To widok, z którym po prostu trzeba się oswoić ;) Pierwszego dnia, nie mając wiele czasu na trekking, wyruszyliśmy z ośrodka w kierunku wioski Quintal. Należało zejść do drogi głównej, następnie dwa razy odbić w prawo i kierować się oznaczonym szlakiem prowadzącym do Passagem (raz zboczyliśmy z drogi, a powrotną ścieżkę na szlak wskazał nam chłopiec pasący krowy) – wioski, z której wróciliśmy do Aldeia Manga.

Aldeia Manga
No.2 Krater Cova de Paul: ok. 6godz., wyjście z Aldeia Manga – dojście do Cova de Paul i powrót tą samą trasą (lub krócej, ok. 3godz. – powrót drogą, po drugiej stronie krateru, z umówionym wcześniej kierowcą).
Malownicza ścieżka wiedzie przez liczne górskie wioski. Bezdomne (bardzo przyjazne) psy snują się za turystami, dzieci używają osiołków lub koni jako środków transportu, często po to by dojechać do pracy czekającej na nich w polu lub by dotrzeć do reszty rówieśników bawiących się na świeżym powietrzu, przy zbiornikach z wodą, do których wskakują od czasu do czasu dla ochłody. Przy głównej drodze znajduje się prowizorycznie zaaranżowana restauracja prowadzona przez ekscentrycznego Austriaka – Alfreda Mandla, który, jak się okazało część życia spędził w Berlinie. Warto spróbować grogu i ponche tradycyjnych alkoholi z Santo Antão. Cały szlak (o ile akurat nie trafi się na mgłę) gwarantuje wspaniałe widoki na dolinę Paul. Wnętrze krateru znajduje się zaraz za szczytem, a czas spędzony w nim jest jak podróż w czasie. W malowniczej, zielonej  dolinie panuje cisza zakłócana jedynie przez muczenie krów. Bujna zieleń wyrosła na wulkanicznej glebie różni się od tej spotykanej w niższych partiach wyspy. Miejsce idealnie nadaje się na piknik i odpoczynek po trekkingu.

Między Cruzinha a Ponta do Sol
No.3 Cruzinha-Ponta do Sol: ok. 4godz., wyjście z wioski rybackiej Cruzinha – dojście do Ponta do Sol lub na odwrót (kończąc trasę w Cruzinha dobrze jest być wcześniej umówionym z kierowcą aluguers, bo na miejscu nie ma możliwości złapania taksówki; natomiast zaczynając w Cruzinha trzeba się liczyć z dość trudnym podejściem na końcu trasy przed Ponta do Sol. 
Malownicza niemal bezludna droga, która dla niektórych stanowi naturalną trasę pomiędzy domem, a resztą świata. Do wiosek przy szlaku (Corvo, Forminguinhas, Fontainhas) nie da się w żaden sposób dojechać pojazdem czterokołowym, a dwókołowym z pewnością również nie jest łatwo, dlatego mieszkańcy tej części wyspy przemieszczają się na osiołkach lub wybierają drogę morską. Po drodze, w niektórych domach można dostać napoje chłodzące, ale cała trasa pozbawiona jest właściwie jakichkolwiek oznak cywilizacji, zatem rozsądnie jest przygotować swój prowiant i wodę. 
Miasteczko portowe Ponta do Sol przywodzi na myśli puste ulice z westernów. Poza sezonem wymarłe, podobno jednak tętni życiem w sezonie, czyli od listopada do kwietnia (właściciel jednej z restauracji zdradził nam, że większość rocznego utargu generuje właśnie w listopadzie). Oferta gastronomiczna miasteczka jest niewielka, ale w paru miejscach z pewnością miło jest się zatrzymać. O Valerio to bar z widokiem na ocean i port rybacki, Caleta serwuje świetne ryby i owoce morza, Gato Preto to restauracja prowadzona przez Szwajcara od 6 lat mieszkającego na Santo Antão.

Ponta do Sol, Santo Antão

Santiago 
Na wyspie Santiago mieści się stolica Cabo Verde – Praia. Tam upał był nie do wytrzymania (zwłaszcza na tzw. Plateau, gdzie nocowaliśmy), dlatego staraliśmy się spędzać czas nad wodą lub poza miastem. Kolejny trekking zrobiliśmy z miejscowości Calabaceria do Cidade Velha (kiedyś Riberia Grande)– dawnej stolicy WZP, dziś niewielkiej wioski rybackiej posiadającej duże walory turystyczne (wioska jest wpisana na listę dziedzictwa UNESCO). Na tej trasie rośnie trzcina cukrowa, palmy kokosowe i... baobaby! W końcu udało mi się się zobaczyć drzewa, które do tej pory kojarzyły mi się wyłącznie z książką Mały Książę! Już na samym początku wycieczki przybłąkał się do nas bezdomny pies, który okazał się świetnym przewodnikiem, bo bez żadnej mapy dotarliśmy do celu. Kundla nazwaliśmy Jones (od Indiana Jones). W Praii skończyła się nasza przygoda z tym pięknym kraju, a po ponad miesiącu dzielącym mnie od wakacji na WZP, marzy mi się, żeby znowu znaleźć się gdzieś na słonecznych plażach Cabo Verde.

Cidade Velha, Santiago
Więcej zdjęć na Instagramie: #berlinskocaboverde
Wyspy Zielonego Przylądka

Brak komentarzy